środa, 18 czerwca 2014

Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej 2014 - od kuchni do samych kości

- Wiesz co? - Ukochana przerwała mi błogą przyjemność trzymania w ręce pilota od telewizora.
Nie wiem - odpowiedziałem - oddając się całkowicie jedynej pracy polegającej na przełączaniu kanałów.
- Wy, w "tej" telewizji macie możliwość zdobycia biletów na Festiwal Polskiej Piosenki, prawda?
- No mamy, no i...?
- No i... może byśmy poszli? - śmiało zaproponowała.

W tym momencie pilot wypadł mi z ręki na podłogę, zmieniając kanał, w którym prowadząca program "Horoskop" w nowym pseudonaukowym kanale TV, wypowiedziała słowa:
"Lubisz harmonię i cenisz sobie spokój i czas, który masz (zwłaszcza, jeśli jest to czas tylko dla Ciebie), by robić to, co sprawia, że jesteś szczęśliwy. Jednak maj był dość spokojnym miesiącem. W czerwcu będzie zupełnie inaczej. Z jednej strony sam będziesz bardzo aktywny, z drugiej Twoje otoczenie będzie angażować Cię w różne sprawy". No i mnie zaangażowało. Zgodziłem się, bo czego nie robi się dla świętego spokoju z miłości.

Festiwal


- 45 sekund - rozpoczął odliczanie głos w głośnikach. 
- 30 sekund, 10 sekund do wejścia na wizję. - dokończył. W tym momencie cała publiczność odliczyła 9, 8.......4..3,2,1. Poszło. Kamera na wysuwanym wysięgniku przeleciała mi tuż nad głową szturchając moje włosy i zaczął się 51. Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej. Nie wiem czy to dobry początek, ale od razu przyszły mi na myśl słowa piosenki "co ty tutaj robisz?" i że przecież lepiej było zostać w domu, usiąść wygodnie w fotelu (nie narażając życia jakąś tam kamerą na wysięgniku), z kuflem w ręce wypełnionym chłodną, gazowaną i złocistą cieczą. Bezpiecznie. Błogo. Fotel, ja, piwo, tv - wszystko we właściwej kolejności i na swoim miejscu.

Pomimo ryzyka, jakie wziąłem na siebie, cały ten cyrk warto jednak zobaczyć "od kuchni". Przed wejściem na wizję wyskakiwał na scenę małpolud o imieniu "Majki", który rozgrzewał i rozkręcał publiczność. Biegał po scenie z mikrofonem na lewo, prawo i z powrotem - teraz prawa strona wstaje i klaszcze, teraz szósty sektor macha rękami - krzyczał. No cóż, praca to praca. W sumie, skoro Majki był gwiazdą spoza ekranu, którego widzowie nie mogli zobaczyć, to siebie też uznałem za gwiazdę, mnie też nie można było zobaczyć. To mi wystarczyło. Już nie narzekałem, że jest niebezpiecznie i nie błogo.

Obecne festiwale to nie to samo co "te" z lat poprzednich. Jedyne co pozostało z dawnych festiwali, to tylko nazwa. Oprócz tego, że gwiazdy polskiej sceny muzycznej jak Golec uOrkiestra czy "nowe" Piersi nie prezentują nic wybitnego, to jeszcze teksty swoich piosenek mieli wyświetlone na ekranach. Wiem. Tyle razy śpiewa się ten utwór, że już wszystko może się pomieszać: maj młody maj, a ja kocham ten kraj czy kraj młody kraj, a ja kocham ten maj?! Można.

Trzeba zaznaczyć, że całe widowisko jest typowo telewizyjne. Uważałem się za gwiazdę spoza sceny, ale tak na prawdę nie miałem tam żadnego znaczenia. Byłem tłem. Małą zębatką. Jak Majki. To, czego nie było widać w telewizji, to np. kamerzysta (a nawet dwóch, bo jeden by sobie nie poradził) w adidasach, który wbiegał na scenę z kamerą na specjalnym statywie, dzięki któremu obraz nie skakał jak... piersi biegnącej lekkoatletki, a pływał jak ogromny statek na morzu, dzięki czemu nie budziło to w Was irytacji.

W odróżnieniu od innych "przedstawień" Festiwal jest interesujący zza kulis. Wszystko to, co jest za kamerą, tak naprawdę jest za kulisami. Jeśli widz widzi zapowiedź, to na scenę, na przykład, wbiega jakiś koczkodan którego nie znam z umalowanymi włosami i gitarą zawieszoną przez ramię. Zupełnie zdezorientowany zapytałem Ukochanej:
- wiesz, kim jest ten... koczkodan?
- nie wiem - odpowiedziała
Po czym minęła zapowiedź i okazało się, że to gitarzysta jakiejś małolaty (Ewy Lisowskiej?!). Nie, no dobra Eweliny.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz