środa, 3 września 2014

Ken - Men, jak słoneczny patrol

Pracę kończę o 16.00. Do domu wracam po ośmiu godzinach księgowania i jednej godzinie poświęconej na przemieszczanie bez zakupów. Jestem zmęczona. Oprócz księgowania mam kontakt z ludźmi. Praca z ludźmi działa w dwie strony, w jedną zawsze ktoś doda Ci energii, w drugą ktoś Ci ją zabierze. Ten drugi rodzaj klientów jest zazwyczaj bardziej skuteczny...

No cóż, wracam. Nie chce mi się zwyczajnie, no po prostu nie chce mi się gotować, nie chce mi się mówić. Chce mi się nie myśleć,  zmyć makijaż (albo, żeby sam się zmył), zrzucić ubranie jak ciężar wykonywanej pracy.

Jestem u progu drzwi.Wyciągam klucz. Nie zdążam go użyć. Mąż otwiera drzwi, jest uśmiechnięty, ściąga płaszcz, czule całuje, zabiera torebkę. Yhm... No dobrze, tylko nie pytaj mnie jak było....
- Kochanie, jak było w pracy? - pyta. Wrrr...   Nie zdążam odpowiedzieć - Ach, no na pewno jesteś zmęczona i nie chcesz mówić. Nie, no potraktuj to tak, jakbym nie pytał - odpowiada za mnie. Yhm... No dobrze, trzeba ugotować obiad dla całej piątki. Co by tu wymyślić? Opadam i odpadam z sił. Ale, ale.... co to za zapach. Wchodzę do jadalni, a mąż wbiega i stawia na przygotowanym stole w zastawę, tzn, talerze, sztućce itp., itd. coś pysznego. Najpierw zupa - barszcz - ale jak to, przecież on nie lubi.... - Twoja ulubiona - odpowiada. A-ha? No dobrze. No to jemy. Dobra ta zupa. Ma talent, że też wcześniej nie gotował. Zbiera talerze. Przynosi drugie.... Kaczka zapiekana. Wymiękam. Skąd on to wziął. - Znalazłem przepis w Twojej książce - wyprzedza pytanie. 

I tak do wieczora. Posprzątał. Odgadł, że mam ochotę na film romantyczny. Zabrał psa na spacer. Wyprzedzał moje pytania. Był nad wyraz ugodowy. Pozmywał po kolacji. Posprzątał dom. A ja... ja nic nie musiałam. Nawet myśleć.

Następnego dnia scenariusz się powtórzył. A że był poniedziałek. Zdziwiłam się w piątek, gdy wróciłam do domu po spotkaniach z drugim typem klientów, a scenariusz znów się powtórzył po raz piąty od poniedziałku. 

W sobotę Mąż zbudził mnie śniadaniem do łóżka. Następnie długo słuchał moich opowieści o pracy i nie starał się dawać mi gotowych rad. Po śniadaniu zaproponował wspólne zakupy, po czym poszliśmy kupować dla mnie sukienkę. Znalazł taką, która świetnie podkreśla moje wcięcie w talii, kryje za duży brzuszek i była po przecenie. Zaczęłam mu się przyglądać uważniej. Coś z nim nie tak. Co on taki gładki, uczesany, ten zapach...? A w ogóle jak on gustownie ubrany. Ja nie mam makijażu i ubrałam stare wytarte dżinsy. Poczułam się brzydko. A on na to - Jesteś najpiękniejszą kobietą, szczególnie po przebudzeniu.... Co za banały, nie ściemniaj - pomyślałam. Ale... Ale... Kobiety się za nim oglądają. Lekka opalenizna. Wczorajszy zarost. Śnieżnobiały uśmiech. I te mięśnie. Kiedy on je wyćwiczył. Wygląda jak z PhotoShop'a. Yhm.....

Jest niedziela. Wybraliśmy się z dziećmi na spacer. Mój "Men-Ken" powala na kolana pół miasta kobiet. Czuję się nieswojo. No ja na Barbie nie wyglądam. Wędrujemy wzdłuż ruin zamku. Ach - ciekawe do kogo należał? - zaczynam marzenia. Idealny Mąż, jak chodząca encyklopedia zaczyna opowieść o księżniczkach. Yyyy.... nie chciałam tego. Zanudzam Cię pewnie - przerywa - a wiesz, widziałem, że pojawił się nowy trend w makijażu, zaczyna.... 

Nie! Nie! Nie! Gdzie jest ten facet, który ubiera czasem dwie różne skarpetki, żeby się potem razem ze mną śmiać i czasem mu się nie chce, zwyczajnie, leniwie spędza wtedy czas. Śmieje się z kobiet i ploteczek o modzie, nie zawsze wszystko wie, nie wygląda idealnie, ale jest do życia. Do życia! Prawdziwego życia. 

Nie chce ideału, jakże przy nim widać moje wady! 

Obudził mnie budzik. Co za szczęście, że życiowa proza to nie koszmar z idealnym mężem. Nadmiar zalet, to jednak wada! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz