sobota, 4 kwietnia 2015

O tym, jak znalazłem się na komisariacie

Choć nigdy tam nie byłem, to się nie wybierałem. Ale mnie wybrano. Nie ma Cię w domu, więc listonosz zostawia awizo. Idziesz na pocztę i niespodziewanie otrzymujesz list którego nadawcą jest międzygalaktyczna organizacja tropiąca ludzi spod ciemnej gwiazdy. "Przeszedłem na ciemną stronę mocy"? - zapytałem samego siebie. Do tej pory odrzucałem wszystkie propozycje przejścia ze światłości w ciemność jak np. zostanie honorowym członkiem mafii, (odmówiłem i zdecydowano, że zostanę szefem mafii). Też odmówiłem, więc dali mi spokój. Następnie otrzymałem propozycje rocznego zastępstwa za Lorda Voldemorta, pomocnika Bobka z Doliny Muminków oraz elektryka, który wykręca żarówki na klatkach schodowych.


Zebrawszy resztki mojej odwagi porozrzucanej po całym ciele, otwieram kopertę drżącymi rękoma. W liście napisano o której, gdzie i w jakiej sprawie mam przybyć, albo (mówiąc językiem używanym w tej organizacji) "stawić się". Moje zdziwienie osiągnęło pułap stratosfery, gdyż sprawy firmy Konwersacje sp. z o.o. czy S.A. mają tyle samo wspólnego ze mną, co żaba z motylem. Świadek, to nie oskarżony. Wyjaśnimy wszystko i po sprawie - pomyślałem.

Tego dnia niebo pociemniało. Deszcz zaczął uderzać grubymi kroplami o szyby pojazdu, którym się poruszałem, ledwo dostrzegając krawędzie jezdni. W tej mrocznej atmosferze, znalazłem się przed budynkiem, którego odbicie w asfaltowych kałużach sprawiało wrażenie ogromnego i ponurego zamczyska. Błyskawica przeszyła niebo na dwie połowy. Wziąłem głęboki, wilgotny oddech i wszedłem. Za jednymi, ciężkimi drzwiami, drugie. A za nimi leniwy człowiek ubrany w niebieski mundur.

- Pan w jakiej sprawie? - usłyszałem machinalny głos funkcjonariusza, jak gdyby dawno nie miał okazji złapać przestępcy.
Wyjąłem złożony na cztery papier formatu A4 i podałem przez otwór szyby, pokazując, że nie przychodzę z własnej woli.
- Proszę, pokój numer 54. Drugie piętro. - usłyszałem, zabrawszy z powrotem kawałek pomiętej celulozy.
Do moich uszu dobiegło charakterystyczne "dzzzzzz" z więziennych, filmowych scen, więc pociągnąłem za kratę i wszedłem do korytarza pamiętającego wczesne czasy PRL. Wspinam się trzeszczącymi pod moimi stopami schodami. Wchodzę na pierwsze piętro. Podchodzę do "pokoju" o wskazanym numerze i...

"O, cześć!" - znajoma twarz policjanta przywitała mnie radośnie, widząc "niepokój" wyrysowany na mojej twarzy i doskonale odzwierciedlony w obrazie "krzyk" norweskiego malarza.
- Dostałeś to pismo, bo szukamy w całej Polsce człowieka, który ma takie samo imię i nazwisko, więc wybacz, ale MUSZĘ cię przesłuchać -  wyjaśnił szybko.

Acha - pomyślałem.

Bilans:
- nie zamknięto mnie w ciasnym pomieszczeniu z lustrem weneckim,
- nie torturowano,
- nie przykładano pistoletu do skroni,
- nie znalazłem się w "sprawie dla reportera",
- podziękowano i życzono "miłego dnia".

Wniosek: nie czekajcie na listy polecone z Policji a po zakupach w biedronce wpadajcie na komisariaty składać se zeznania i na kawkę.

PS Jestem na fali, otrzymałem drugie wezwanie, w innej sprawie :)

2 komentarze:

  1. I już drugie, czy Kamil to po angielsku Anakin?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dosyć ciekawa sprawa z takim samym imieniem i nazwiskiem. Dziwne, że nie sprawdzili nr PESEL. No, ale zakończyło się dobrze i była kulturka, bo to zwykłe przesłuchanie w charakterze świadka.

    OdpowiedzUsuń